Dziennikarz i zaklinacze

Moje historie o koniach, naturalnych metodach ich szkolenia, opisy ciekawych przypadków i refleksje jeździeckie. Ku pożytkowi zainteresowanych. Jurek Sawka, koniarz i dziennikarz

Wpisy

  • wtorek, 06 marca 2012
    • Mój brat mniejszy Sang Jang

      Słonecznie, bezwietrznie, fantastycznie. Sang Jang wyszedł z boksu bez problemu i przeszedł przez korytarz bez fochów, zatrzymując się jedynie dla wymiany zapachów z innymi końmi. Ale nie stawiał żadnego oporu, gdy prosiłem go skracanie tych powitalnych rytuałów. Na zewnątrz był spokojny jak nigdy. Szedł ani razu nie napiąwszy linki. Do round pennu wszedł też szybciej niż kiedykolwiek. Pracowaliśmy na niskiej i średniej energii. Bez galopów. Na linie i na wolności. Czysta przyjemność. Koń reagował wspaniale. Zatrzymywał się, ustępował przodem, odangażowywał zad, cofał się na spojrzenie i lekki ruch palców, przywołany natychmiast przychodził. Łaził za mną jak młodszy brat za starszym. Przelizywał kolejne swoje osiągnięcia. Ani razu nie zademonstrował dominacyjnych zachowań. No, słowem, sielanka.

      Pracuję nad jego zaufaniem i widać jak ono rośnie. Jak w boksie zacznie ufnie podchodzić do ludzi, to będzie znaczyło, że osiągnęliśmy na tym polu znaczny postęp. W kolejnych etapach trzeba będzie podnosić energię, bo wyścig to jest dopiero energetyczna bomba. Koń ma nie wybuchnąć paniką, której w nim w dniu gonitwy po czubki uszu, lecz przełożyć ten stres na zwycięski bieg.

      Psychika Sang Janga jest jeszcze niestabilna. Trzeba zbudować w nim zaufanie do ludzi, co da mu pewność siebie. I chodzi o to, żeby tak wzmocniona psychika konia nie obracała się nigdy przeciwko ludziom. A pamiętamy kim jest, co potrafi i skąd się wziął ten nasz koleżka.

       

      Słowniczek dla nie koniarzy

      oddangażowanie zadu - przesuwanie zadu konia w ten sposób, że jedna kończyna nachodzi na drugą i blokuje zwierzęciu  ruch do przodu. Tak samo człowiek nie może biec, gdy ma skrzyżowane nogi

      przelizywanie - przejaw zrozumienia i zapisywania informacji

                    

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Mój brat mniejszy Sang Jang”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      dziennikarzizaklinacze
      Czas publikacji:
      wtorek, 06 marca 2012 09:53
  • poniedziałek, 05 marca 2012
    • Nigdy nie gasnący silnik

      Przyjął mnie w boksie bez większych ceregieli. Dał się ustawić pod ścianą i nałożyć halter. Problem pojawił się, gdy zacząłem go wyprowadzać na korytarz. Nie chciał wyjść z boksu. Potem było już tylko gorzej. Metr do przodu, opór. I to pełne nienawiści spojrzenie, takie, że aż ciarki człowieka przechodzą.

      Jak koń się uprze, to nie dasz mu rady. Jak się zorientuje, że nic mu nie możesz zrobić, masz przechlapane. Byliśmy sami w stajni. Nie byłem w stanie sam na siłę wyciągnąć na zewnątrz zapierającego się konia, bo to możliwe jest tylko w kreskówkach. Siłowanie się z koniem jest zresztą bez sensu. Walkę na mięśnie on wygra zawsze. Chodzi o to, żeby z nim nie walczyć, lecz go przekonać.  Przeplatałem więc linę przez kraty boksów, by szarpiący łbem Sang Jang poczuł, że ona nie ustępuje tak jak wcześniej, gdy trzymałem ją tylko we własnych rękach. Na takim patencie i zabezpieczeniu wymuszałem na nim ruch do przodu. I tak krok po kroku, metr po metrze, krata po kracie, doszliśmy do wyjścia. Znieruchomiał trzy metry przed szeroko otwartymi drzwiami. Nie miałem już o co zaplątać liny, bo boksy się skończyły. Gdybym się teraz z nim siłował, to szybko zorientowałby się, że jest mocniejszy. Delikatnie naciągałem więc i popuszczałem linę. Po dosyć długim wahaniu ruszył i od tego momentu było jak na filmie szkoleniowym. Drogę ze stajni do round penu przeszedł jakby maszerował do pełnego koryta. Tylko trochę pomarudził  przy przekraczaniu bramki okrąglaka.  Postanowiłem popracować z nim na niskiej energii, żeby utrwalić w nim wcześniejsze, pożądane przeze mnie, reakcje. Odesłałem go spokojnie na ścianę, w stępie, i nie pozwalałem, tak jak ostatnio, na wystawianie łba na zewnątrz w celu poszukiwania drogi ucieczki. Tylko kontrola wzrokiem i lekkimi sygnałami ciała. Zrozumiał w lot. Natychmiast spuścił łeb, pięknie, oboma oczyma spojrzał na mnie, zmniejszając równocześnie koło. Zmniejszyłem presję. Zatrzymywał się i stał jak sfinks. Bez problemu mogłem do niego podchodzić i czochrać nad kłębem. Chciałem, żeby za mną podążał. Zabrałem go za drugą próbą. A potem to już chodził za mną, jak dziecko trzymające się spódnicy mamy. Coś wspaniałego.

      Obok na padoku dokazywały dwa konie sportowe, przejeżdżali jeźdźcy. Sang Jang nie zwracał na nich uwagi. Przez cały czas był skoncentrowany na mnie. Dopiero jak stawałem przy nim pozwalał sobie na rzut oka na świat zewnętrzny. Czuł się więc przy mnie bezpieczny.

      Tylko kiedy szedłem do ściany okrąglaka, opuszczał mnie. Obserwował, ale nie podchodził. To zrozumiałe. W tym miejscu zawsze była praca, bliżej środka i w środku round pennu odpoczynek. Ale z czasem pójdzie wszędzie.

      Zakończyłem sesję na niskiej energii z nadzieją, że Sang Jang utrwalił sobie to, co chciałem, żeby zapamiętał, a mianowicie, że jestem jego szefem ale broń Boże, wrogiem.

      To samo z czasem trzeba będzie zrobić na wyższych poziomach energii i to nie będzie łatwe. Folbluty są temperamentne. To takie silniki, które nawet po wyjęciu kluczyków ze stacyjki jeszcze chodzą. Inaczej niż quater horse, który po wyłączeniu natychmiast staje się zimny.

      Wniosek z tej sesji jest następujący: Sang Jang nie poddaje się łatwo, w różnych miejscach próbuje odzyskać swoją niezależność. Tym razem był to korytarz. Ale jak przegrał, szybko uznał wyższość człowieka.

      Przyjmuje się, że  konie uczą się po trzech próbach powtórzonych w sześciu okolicznościach. Jestem pewien, że ta reguła Sang Janga nie dotyczy.

      Przed nami jeszcze parę scysji o pozycję w hierachii.

       

      Słowniczek dla nie koniarzy

      halter - sznurkowy kantar

      okrąglak - round pen

      stęp - najniższy chód konia

      folblut - koń pełnej krwi angielskiej, rasy wyścigowej

      quater horse - amerykański koń kowbojski i do dyscyplin stylu western

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      dziennikarzizaklinacze
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 05 marca 2012 13:38
  • sobota, 03 marca 2012
    • Cesarz ma tylko poddanych

      Jak go tylko dzisiaj zobaczyłem, to wiedziałem, że tak będzie. W boksie był daleko ode mnie. Absolutnie nie chciał podejść. I nie podszedł. Musiałem go zabrać.

      Gdy wyszedł na zewnątrz od razu stanął dęba. I ucieczka bokiem. Zero odpowiedzi na polecenia ruchu w którąkolwiek stronę. Gdy się cofał, szedłem na niego: chcesz, idź, aż do bólu. Ale dla Sang Janga to bułka z masłem. Dziesiątkami metrów tańczył idąc w tył,  co raz wspinając się i uciekając  chodami bocznymi  w lewo lub prawo. I to agresywne potrząsanie łbem, i ten wzrok gościa, który gdyby tylko mógł, wdeptał by cię w ziemię. W końcu zrozumiał, że mu nie odpuszczę. Ale gdy podeszliśmy do round penu znowu powiedział: nie, nie wchodzę. Trochę trwało zanim go przekonałem.

      Pogoda była fantastyczna. Zakładałem, że powtórzę ćwiczenia z balonem, ale na ten stan jego umysłu nie był to dobry patent. Postanowiłem zapanować nad jego ruchem na wolności. Dać mu dzisiaj zdecydowanie do zrozumienia, że nawet nie mając z nim kontaktu przez linę mam nad nim władzę. Zero przyzwolenia na jego widzimisię. Każdy krok pod absolutną kontrolą. Ten sposób testowałem z dzikimi końmi. Był nader skuteczny. Zwolniłem Sang Janga z liny i odegnałem od siebie. Ani przez ułamek sekundy nie zdejmowałem zeń wzroku. Uprzedzałem jego próby zmiany kierunku lub wystawienia łba na zewnątrz. Pełna koncentracja. Poszedł jak burza. Szukał miejsc do ucieczki, ale zawsze byłem od niego szybszy. W końcu spuścił łeb, by za chwilę znowu go unieść i nadal uciekać, potem znowu na dół, ale bez lizania, bez zmniejszania koła, bez obu oczu na mnie, jednak z czujnym, obserwującym mnie uchem. Tak zachowują się dominatorzy. Nie pokazują, jak  konie na szkoleniowych filmach Monty Robertsa, wszystkich oznak podporządkowania. Wojownicy nie pękają, mają swój honor, jak przestają do ciebie mierzyć z pistoletu, to już znaczy, że mają pokojowe nastawienie.

      Gdy z lekka opuszczałem presję, Sang Jang reagował. Cały czas mając go na oku zwalniałem mu przestrzeń, odchodząc ze środka round pennu w tył. Wtedy zatrzymywał się w ustawieniu przodem do mnie, by po chwili sobie ruszyć. Więc znowu na niego naciskałem, aż - nawet bardzo szybko - pojął, że wygodę ma wtedy, gdy się nie rusza i stoi na wprost mnie. Stał tak przez długie minuty jak zamurowany. Podchodziłem do niego i odchodziłem. Ani drgnął. I tak kilka razy. To był już ogromny sukces tego dnia. Poszedłem jednak po więcej. Chciałem, żeby za mną podążał. I po paru przymiarkach zrobił to. Aż na końcu szedł za mną jak pies. W takich momentach człowiek czuje sens tej roboty. To wspaniałe, wzruszające uczucie. Ale trzeba być twardym jak Roman Bratny, bo trener Robert Świątek czujnie dzierży w ręku aparat i ostrzega, że łzę na policzku natychmiast uwieczni.

      Po raz pierwszy Sang Jang wszedł w tak silnie pozytywną relację ze mną. Ale już na końcu sesji, gdy odetchnął i odzyskał siły, z lekka rzucał bocznie łbem w moją stronę, jak mają to w zwyczaju achałtekińce, które potrafią takim uderzeniem powalić człowieka.  To sygnał, że owszem, teraz mnie zdominowałeś, ale to wcale nie znaczy, że możesz sobie w stosunku do mnie na za dużo pozwalać.

      Ten koń jeśli kogoś zaakceptuje, to tylko silniejszego od siebie. Inne warianty nie wchodzą w grę. Cesarz nie ma kolegów, on ma tylko poddanych.

      Gramy dalej.

           

      Na prośbę Pana Redaktora Stanisława Mancewicza z Krakowa, uważnego Czytelnika tego bloga,  zamieszczam słowniczek specjalistycznych  wyrazów, żeby nie koniarze nie musieli się trudzić szukaniem ich znaczeń.

       

      boks - końskie M-1

      round pen - z amerykańska, bo to stosowany przez tamtejszych kowboi okrągły plac o średnicy ok. 16-18 metrów. Na nim trenują konie

      bułka z masłem - jak dla Pana Redaktora pisanie felietonu    

      achałtekińce - konie turkmeńskie, z racji sposobu hodowania pośród ludzi, mające inne obyczaje, niż pozostałe końskie rasy

      W Chinach mamy rok smoka, może to ma jakiś związek z imieniem Sang Jang?

      Ale jest piękny jak, nie przymierzając, Northern Dancer, najsłynniejszy reproduktor świata pełnej krwi angielskiej. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      dziennikarzizaklinacze
      Czas publikacji:
      sobota, 03 marca 2012 18:16
  • piątek, 02 marca 2012
    • Dlaczego Sang Jang jest beczką prochu?

      Trzy zasadnicze czynniki determinują zachowanie Sang Janga: geny, wychowanie, wiek.

      Geny. Jego matka, Sorbona, jak powiedziała mi jej hodowczyni, była zołzą, koniem bardzo trudnym w obsłudze. W rodowodzie Sang Janga jest też Tuny. To był wyjątkowo niebezpieczny egzemplarz. Według relacji trenera Roberta Świątka, jak pozbył się jeźdźca, to już nie dawał się dosiąść.

      Wyścigi są dostatecznie niebezpieczne, więc trenerzy i jeźdźcy nie chcą takich koni. Dlatego są z hodowli eliminowane.  Nasze trudne folbluty, to scheda po komunizmie. Wtedy braliśmy z Zachodu dobre, ale stosunkowo tanie ogiery, bo  ze względu na charakter nikt ich nie chciał. Jak będzie u nas więcej wyścigów i tym samym więcej koni pełnej krwi angielskiej, to automatycznie liczba trudnych przypadków spadnie.

      Wychowanie. To z jednej strony zachowania przekazane przez matkę - źrebię je kopiuje; z drugiej zaś relacje z ludźmi. Sang Jang stracił matkę, gdy miał cztery i pół miesiąca. Nie był karmiony z butelki, bo mógł przejść w tym wieku na paszę. W takich sytuacjach w opiekunach konia wyzwala się naturalne współczucie dla sieroty.  Nie zdajemy sobie sprawy, jak tym samym źle go kodujemy na przyszłość. Nie trzeba dużo, żeby konia zepsuć. Wystarczy mu pozwolić na minimalnie więcej, niż jego rówieśnikom. Na przykład obejmować czule i pozwolić się wyrwać, czy nie odgonić, gdy wchodzi w naszą strefę. Sang Janga w Iwnie nazywano Karino. Samo to pseudo mówi o ciepłym do niego stosunku załogi.

      Wiek.   Folbluty dojrzewają szybciej niż inne rasy. Sang Jang ma niespełna dwa lata, z wyrostka staje się młodzieńcem. Jest ogierem i szuka swojego miejsca w hierarchii. Dodatkowo to typ osobnika alfa. On urodził się do rządzenia. Testuje każdego, z kim ma do czynienia, bo chce być ponad wszystkimi. W tym momencie życia on po prostu musi się określić i nic na to nie poradzimy.

      Sang Jang jest więc taki, jaki jest, za sprawą tych trzech czynników. W każdym z nich jest trudny element. W genach: rodzina o niebezpiecznych dla ludzi cechach. W wychowaniu: przykład matki i ze względu na sieroctwo bliższy kontakt z obsługą, która traktowała go po ludzku, a nie końsku. No i pryszczaty wiek osobnika, który jest przekonany, że będzie cesarzem koni i ludzi.

      Taka mieszanka, to beczka prochu. Co to za wariaci, którzy nie tylko chcą na nią wsiadać, lecz turlać z szybkością ponad 60 kilometrów na godzinę? 

      Oby wszystkie atuty i przywary Sang Janga przekuły się w jego dzielność wyścigową.       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      dziennikarzizaklinacze
      Czas publikacji:
      piątek, 02 marca 2012 12:51
  • czwartek, 01 marca 2012
    • Wojownik Sang Jang

      Otworzyłem boks i zobaczyłem mocnego konia. Sang Jang obrócił się do mnie dwa razy zadem, ale po chwili podszedł, powąchał i stanął obok. Ogłaskałem go na powitanie. Chwyciłem lekko za kantar. W tym momencie runął do przodu w otwarte drzwi boksu. Nie puściłem go. Zdecydowanie szarpnął się do tyłu. I wtedy z sąsiedniego boksu doszedł mnie głos Tomka Świątka: - Co, stawia się?

      Wiedział o co pyta, bo gdy zdejmował Sang Janga z karuzeli, ten go zaatakował. - Na początku w boksie chował się w róg - opowiadał Tomek. - Teraz zhardział i szturcha mnie głową.

      Takie popychanie łbem jest zachowaniem agresywnym: - Spadaj stąd, co tu robisz, to moja dziedzina - znaczy w tym konkretnym  przypadku.

      Przed moim przyjściem, wcześnie rano, był u niego trener Robert Świątek. Sang Jang skoczył w jego stronę z zębami.  Pisałem już, że mamy go, ale - przypominam - ze świadomością, iż będzie jeszcze pod górkę, bo to przypadek z serii: złapał kozak tatarzyna.

      Round pen był zajęty, więc zaczęliśmy pracę na trawniku przed stajnią. Sang Jang próbował mi najpierw uciec, a potem przesunąć z miejsca, w którym stałem. Wybałuszył oczy, sztywne uszy skierowane były wprost na mnie, za wszelką cenę chciał wejść w moją strefę. Po paru nieskutecznych próbach poddał się.

      Poprzednim razem, gdy wyjąłem niebieską folie,  chciał się zabić o ściany round pennu. Ale wtedy też strasznie wiało. Dzisiaj wiatru nie było, jednak folie pamiętał i na jej widok chrapał przerażony. Rozwinąłem ją powoli. Ku mojemu zaskoczeniu po paru zbliżeniach i oddaleniach, przekłusował przez nią w miarę spokojnie. Tylko, gdy parę razy za mocno zaszeleściła, próbował ją  kopnąć. Zachował się niekonwencjonalnie. Nie obwąchiwał nowego podłoża, nie próbował go skoczyć, jak zwykle robią przerażone konie, tylko przezeń przebiegał. To pokazuje rosnącą w nim odwagę i zaufanie do człowieka: - OK., zrobię, co mam zrobić, nic mi nie powinno się stać a w dodatku będę miał to z głowy.

      Dopiero, gdy poprosiłem go, żeby nie przelatywał przez folią, tylko na niej postał, zaczęły się schody, ale nie takie znowu wielkie. Koń zachowywał się klasycznie: obwąchiwał przeszkodę, wahał się, stawiał nogi na jej krawędzi. Ale poszło bardzo dobrze. Skończyliśmy, gdy przez folię przechodził w rozluźnionym stępie i przednimi nogami spokojnie na niej stał.

      Okazuje się, że moja jego diagnoza postawiona na samym początku, potwierdza się. To zdecydowany typ, aczkolwiek z racji młodego wieku jeszcze bywający przestraszonym. Tendencja jest wyraźna: czym więcej nabierze pewności siebie, tym będzie trudniejszy. Chodzi więc o to, żeby nabrał pełnego zaufania do człowieka, ale też przyjął jego nadrzędność. Bo gdy on będzie rządzić, to będzie nas miał w głębokiej pogardzie i traktował jak swoje osobiste podnóżki, po których może sobie łazić jak chce.

      A tego przecież nie chcemy.

      Sang Jang próbuje mi powiedzieć, żebym poszedł sobie do diabła

      Ale kiedy widzi, że jego perswazja na nic, poddaje się

      Pamięta z poprzedniej sesji, że folia może być straszna

      Pamieta jednak też, że go nie zjadła i już był blisko niej 

      Na początek pokonuje foliowy wałek

      By po chwili przekłusować po całej powierzchni przeszkody

      Ale przed spokojnym wejściem, w stępie, trzeba rzecz gruntownie przeanalizować

      I można na niej pokornie stać

      A pózniej stać dumnie, jak przystało na wojownika    

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      dziennikarzizaklinacze
      Czas publikacji:
      czwartek, 01 marca 2012 18:44
  • poniedziałek, 27 lutego 2012
    • Czas relaksu

      Przez kilka dni nie pojadą do Sang Janga. Dam mu czas na przemyślenie tego, co się ostatnio wydarzyło pomiędzy nim a człowiekiem. Takie  przerwy zwykle bardzo dobrze robią i koniom, i ludziom. Z dystansu lepiej widać. Mam nadzieję zastać Sang Janga spokojniejszego i bardziej ufnego.

      Powoli przymierzam się do wakacji. Mam plan, żeby pojechać rajdem spod Szczecina do Karpna na Pojezierzu Drawskim, gdzie pomiędzy11 a 18 sierpnia będzie obóz JNBT. Po ubiegłorocznym, pierwszym tego rodzaju obozie,  mam bardzo dobre wspomnienia.   Andrzej Makacewicz prowadził w Karpnie L1. Był bardzo kontent. Całym teamem mieszkaliśmy tam, gdy organizowaliśmy naszą wewnętrzną sesję z dzikimi końmi. Było extra.

      Ja znam te tereny doskonale. Przez dwadzieścia lat nieopodal Czaplinka jeździłem konno, trzymałem - z przerwami - moje konie. Mogę powiedzieć, że wierzchem zjechałem prawie całą Polskę i z całą odpowiedzialnością rekomendować tamtejsze tereny jako jedne z najlepszych do konnej włóczęgi.

      Ewa Murach z Karpna przesłała mi link. Sami zobaczcie jak tam jest.  
      http://www.facebook.com/media/set/?set=a.334501153259667.78756.170734512969666&type=1

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Czas relaksu”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      dziennikarzizaklinacze
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 27 lutego 2012 12:35
  • sobota, 25 lutego 2012
    • Sztuka pokonywania strachu

      Pracowałem z dzikimi końmi, ale nawet tam takiej reakcji na folię nie widziałem. Ledwie ją rozpostarłem a Sang Jang  wpadł w taką panikę, że był gotów zabić się o ściany round pennu. To nie metafora, tak dosłownie było. Trener Swiątek aż  zamarł. Nie pstryknął więc ani jednej fotki z paniki konia, choć tym razem karta była w aparacie. Ale co mu się dziwić. Facet przez lata na wyścigach niejedno widział. Miał takiego konia, który po dosiądnięciu go przez Tomka ruszył pełnym galopem prosto na stajnię. I normalnie walnął łbem w ścianę. Zamurowało go  (nomen omen) na chwilę na tyle, że Tomek mógł spokojnie zsiąść. Nie dało się na nim jeździć. Został odesłany do stadniny. Tam też nikt go nie ujarzmił.

      Szybko zwinąłem folię. Strach Sang Janga potęgowany był przez niemiłosierny dzisiaj wiatr. Zabawa z wchodzeniem na folię to znakomite ćwiczenie dominacyjne,  odczulające, budujące zaufanie konia do człowieka i uczące zwierzę odwagi . Folia jest nienaturalnie szeleszczącym, nieznanym w przyrodzie podłożem. Dla konia stanąć na niej, to jak dla człowieka wejść na linę rozciągnięta pomiędzy dwoma drapaczami chmur. Trzeba zaufać temu, kto nas prowadzi i instruuje, i zdobyć się na niesamowitą odwagę. Do ćwiczenia nawet nie podeszliśmy, ale Sang Jang organoleptycznie zapoznał się z folią, choć bardzo mocno zwiniętą. On doskonale wiedział, bo widział, jak ten skurczony do małych rozmiarów potwór może się rozwinąć. Podejście i dotknięcie go pyskiem było już z jego strony aktem ogromnej odwagi.

      Odwaga to nie brawura, to sztuka pokonywania strachu.

      Początek był sielankowy

      Jak ja zwijałem folię, to trener zaczał pstrykać foty...

      ...a Sang Jang wracał do siebie z dalekiej szalonej podróży

      Z daleka przyglądał się temu, co chciało go przed chwilą pochłonąć 

      Z czasem ciekawośc zaczęła brać górę

      Aż w końcu dotknął potwora...

      ...i pozwolił, żeby potwór dotknął jego, co było dużo trudniejsze. Ale zrobił to!

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      dziennikarzizaklinacze
      Czas publikacji:
      sobota, 25 lutego 2012 18:24
  • piątek, 24 lutego 2012
    • Mamy go!

      Gdyby dzisiaj mnie ktoś zapytał co dalej z Sang Jangiem odpowiedziałbym bez wahania: będzie w tym sezonie galopował pod siodłem jak przystało na konia wyścigowego. 

      Aż miło patrzeć jak się otwiera, jak z dnia na dzień rośnie jego zaufanie, jak coraz szybciej radzi sobie z  coraz trudniejszymi zadaniami, jak robi się coraz bardziej przewidywalny. To w pracy z końmi, szczególnie tymi specjalnie trudnymi, jest najpiękniejsze.  

      Tomek Świątek chciał już dzisiaj dosiadać Sang Janga na round pennie, ale ani ja, ani jego brat Robert, nie wyraziliśmy entuzjazmu dla tego pomysłu. Za wcześnie. Sang Jang wprawdzie od wczoraj jest jeszcze bardziej ufny, ale gdy się podniesie energię własną, w odpowiedzi jego energia błyskawicznie skacze ze zwielokrotnioną siłą. Dzisiaj podrygiwałem wokół niego. Najpierw fukał i uciekał, ale stosunkowo szybko zaakceptował moje dziwne zachowanie. Mogłem po pewnym czasie swobodnie podskakiwać przy nim trzymając go za kłąb. To przygotowanie do wsiadania.

      Wiało dosyć mocno, ale zdecydowałem się, zamiast Tomka, posadzić na Sang Jangu balon. Patent jest prosty, używam bambusowej tyczki, na końcu której mocuję balon, albo kilka, tudzież piłkę. Najpierw odczulam konia na to co na końcu tyczki, czyli przekonuję, że to nic groźnego. Sang Jang charakteryzuję się gwałtownością reakcji. Na początku reagował agresywnymi kopnięciami przednimi nogami. To bardzo niebezpieczne dla będącego w pobliżu człowieka. Uderzenia są niezwykle szybkie.

      Finał był taki, że koń pojął, ze to żaden drapieżnik i przyjął na grzbiet furkoczący na wietrze balon, który udawał jeźdźca.

      Bardzo udana sesja. Sang Jang wrócił rozluźniony do boksu. Ale to wszystko dobre, co się wydarzyło, nie znaczy, ze jeszcze nie będzie pod górkę. Będzie, ale widać, że warto maszerować.  

       

      Fotek nie ma, bo trener pstrykał i cieszył się z ładnych ujęć, ale ja zapomniałem, że wczoraj wyjąłem kartę z aparatu.     

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      dziennikarzizaklinacze
      Czas publikacji:
      piątek, 24 lutego 2012 14:05
  • czwartek, 23 lutego 2012
    • Sang Jang coraz dalej od talerza

      Wiało dzisiaj niemiłosiernie. Taka pogoda zawsze pobudza konie. Nie inaczej podziałała na Sang Janga. Wyszedłszy na zewnątrz przez moment próbował się upierać - łypiąc na mnie bardzo złym okiem - przy swoim scenariuszu dnia, który najwyraźniej nie uwzględniał sesji. Ale wystarczyła lekka perswazja, żeby odpuścił. Pracowaliśmy na średniej energii. Widać, że koń zaczął mi ufać. Parę dni temu był gotów się zabić, gdy przekładałem linkę przez jego kłodę. Dzisiaj reagował spokojnie.

      Po skończonej pracy nie opuszczał mnie. Szukał bliższego kontaktu.

      Wczoraj, po sprowadzeniu go za karuzeli, brat trenera, Tomek Świątek dosiadł go w boksie. Był zbudowany, bo koń go przyjął. Uciekł dopiero wtedy, gdy - trzymając się krat - stanął na nim. To było o krok za daleko. Tomek obserwuje w nim ogromne zmiany, Sang Jang nie ucieka w boksie, ma więcej zaufania.

      Znikają jego powodowane rozpaczą agresywne zachowania. On reaguje tak jak Australian Cattle Dog w sytuacji bez wyjścia. Matki tych psów kodują im takie reakcje. Gnębią sikające pod  siebie z przerażenia szczenię do momentu, aż się odgryzie. Wtedy mu odpuszczają. Sang Jang nie miał oczywiście takiej szkoły, ale swój charakter  ma.

      Trener Robert Świątek też się z nim dzisiaj trochę pobawił: - Wszyscy mnie pytają czy to, co z nim robisz, działa. Odpowiadam zgodnie z prawdą, działa.

      Zgodnie uznaliśmy, że Sang Jang chyba jednak nie chce, żebyśmy go zjedli.

      Ale: nie chwal konia przed końcem podróży.

      Sang Jang kończył sesję w przyjaźni

      Pozwolił przekładać linę przez kłodę

       

       

      Tolerował zamykanie kłody

      Polubił łopocząca na wietrze czerwień chusty

      Aż trener Robert Świątek osobiście mu gratulował

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      dziennikarzizaklinacze
      Czas publikacji:
      czwartek, 23 lutego 2012 14:03
  • środa, 22 lutego 2012
    • Trener o Sang Jangu

      Dzisiaj nie byłem u niego. Uzgodniliśmy z  jego trenerem Robertem  Świątkiem, ze pójdzie pod siodłem do karuzeli. Umówiliśmy się też, że trener będzie relacjonował swoje obserwacje tego konia.

      Robert Świątek: - Duża zmiana. W boksie nie próbował uciekać, od razu do mnie przyszedł. Siodłanie bez problemu. Do karuzeli szedł wyluzowany,  a nie jak wcześniej przygarbiony, jakby go siodło uwierało. Poprzednim razem też nie  było źle, ale jak zobaczył konie to zaczął dublować (w języku wyścigowców: odbijać się z czterech nóg - przyp. JS). Teraz nie miał na to pomysłu ani w stępie, ani w kłusie.

      Nie można powiedzieć, żebyśmy na nim jeździli, bo to była walka. Pakował się  jak oszalały z jeźdźcem na człowieka, który trzymał go na lince.

      Efekty pracy z nim są więc bardzo widoczne.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      dziennikarzizaklinacze
      Czas publikacji:
      środa, 22 lutego 2012 10:50