Dziennikarz i zaklinacze

Moje historie o koniach, naturalnych metodach ich szkolenia, opisy ciekawych przypadków i refleksje jeździeckie. Ku pożytkowi zainteresowanych. Jurek Sawka, koniarz i dziennikarz

Wpisy

  • czwartek, 29 marca 2012
    • Co Sang Jang powiedział Tomkowi?

      Sang Jang już kilkanaście razy chodził na round penie z luźno rzucona liną, ale dzisiaj uznał ją za boa dusiciela i rzucił się do panicznej ucieczki. Jednak nie zapomniał w tym swoim przerażeniu porządnie skopać gada. Trochę trwało zanim się uspokoił.

      Założenie na dzisiaj było, że nie ma miękkiej gry. Najpierw był test na blokerze uwiązu. Na początku rzucał się jak szaleniec do ucieczki, ale po paru próbach stał spokojnie. Potem była próba balonowa. To bardzo trudny test. Sang Jang już raz go przeszedł. Wtedy dał sobie położyć balony na grzbiecie. Tym razem postanowił je zabić (zobacz film jak Sang Jang walczy z balonami) Duło tak mocno, że balony rzeczywiście zachowywały się jak wściekle atakujące psy. Żeby więc nie zginąć wraz z nimi zamieniłem je na czerwoną chustkę. Tę też chciał najpierw wdeptać w ziemię, ale w końcu zrozumiał, że to nie potwór i dał się nią odotykać, a także przełożyć przez siodło.

      W boksie Tomek Świątek najpierw trzy razy się przez niego przewiesił, potem trzy razy wsiadł i zsiadł i w końcu na korytarzu, w normalnym dosiadzie, trzy razy przejechał. Tomek jest bardzo doświadczonym jeźdźcem i doskonale czuł konia pod sobą. W czasie pierwszego spaceru Sang Jang się wzdrygnął, jak wtedy, gdy nie dawał się okiełznać. Drugi przejazd był lepszy, ale dopiero za trzecim się kompletnie wyluzował (zobacz film Sang Jang pod Tomkiem)

      Cały sens dzisiejszej pracy był taki, żeby Sang Jang mógł Tomkowi powiedzieć: - Chłopie, ty to fajny jesteś i możesz sobie na mnie siedzieć, bo ty nie masz pojęcia jakie straszne potwory mnie dzisiaj dosiadały.

      I tak powiedział. Zapytajcie Tomka.

       

          

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      dziennikarzizaklinacze
      Czas publikacji:
      czwartek, 29 marca 2012 17:32
  • środa, 28 marca 2012
    • Ekstremalny początek z happy endem

      Szliśmy z trenerem sympatycznie sobie rozmawiając a Sang Jang spokojnie kroczył za nami. Już na torze przełożył nogę  przez długą linę z lassa,  na której go prowadziłem i przerażony ruszył ostrym galopem. Ponieważ linę miał między przednimi nogami  zdecydowałem się ją puścić, żeby nagła blokada go nie przewróciła. Pognał na tor, potem skoczył żywopłot i pogalopował do stajni. Przed karuzelą złapały go dziewczyny.

      Wróciliśmy w okolice maszyny startowej. Jeśli na linie zachowywał się przyzwoicie, choć parę razy z lekka walnął zadem, jakby chciał się pozbyć niewidocznego jeźdźca, to już w maszynie skrnąbrniał i mniej entuzjastycznie, jak za pierwszym razem, demonstrował swoją dla niej aprobatę, ale faktem jest, że miał bardzo długie strzemiona, które dzwoniły o wewnętrzne podesty. Nawet w pewnym momencie poczułem, że robią się na niego zły. Ale już się nauczyłem, że w takiej sytuacji trzeba głośno powiedzieć: - Najważniejsze w tej robocie jest to, żeby się nie wkurzyć.

      Jeśli praca danego dnia nie idzie, czy to z naszej winy (głównie), czy konia (bywa) - to nieważne - trzeba sesje zakończyć na czymś prostym i dla zwierzęcia pozytywnym. Mnie jednak udało się złość pokonać i mogliśmy pracować dalej. Sang Jang w końcu stanął posłusznie w maszynie w takim ustawieniu, że mogłem pośladkiem z lekka kilka razy obciążyć siodło.

      I na tym, dla tego konia trudnym elemencie, zakończyliśmy pracę.

      W drodze do stajni Sang Jang przydepnął mi stopę. Zrobił to celowo. Potem podniósł się, gdy zobaczył konie i na polecenie skoncentrowania się na przewodniku zareagował gniewnym uderzeniem przednią nogą w ziemię. To cały on, staje się pewniejszy siebie i ta pewność wzmacnia jego dumny, dominacyjny charakter.

      Ale nic to. Poszliśmy dzisiaj po więcej. Tomek Świątek wyścigowym zwyczajem przewiesił się przez niego w boksie. Głaskał go po szyi i meldował, że w mięśniach nie ma żadnego napięcia. Trzy razy powtórzyliśmy ten manewr. Zrobiliśmy też parę kroków w boksie. Potem poszliśmy jeszcze dalej i powtórzyliśmy znowu trzykrotnie tę operację na korytarzu. Sang Jang szedł pod wiszącym Tomkiem jak Ilczi* pod Winnetou*.

      Trener Robert Świątek był zachwycony: - To niesamowita przemiana. Jak wcześniej próbowaliśmy go dosiąść w korytarzu, to wspinał się i zawzięcie walczył. Teraz to pełen luz.

      Jest OK. Ale jak podniesiemy energię, to trudność Sang Jangowego zadania bardzo wzrośnie.

       

      * imię konia Winnetou,

      * Winnetou, bohater powieści Karola Maya

               

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      dziennikarzizaklinacze
      Czas publikacji:
      środa, 28 marca 2012 19:16
  • wtorek, 27 marca 2012
    • To cały czas ten sam dumny Sang Jang

      Sang Jang przestał kuleć. Zaczął chodzić na karuzelę. Ciekaw go byłem po przerwie. W boksie spotkałem innego konia. Ani na moment nie zajął asekuracyjnej pozycji pod ścianą. Głównie stał w centrum, z balansem w moją stronę, z oboma oczyma utkwionymi we mnie. Pełen kontakt.

      Wiało dosyć mocno. Kurz z round penu zatykał w usta. Sang Jang w drodze na plac ćwiczeń ani razu się nie zbuntował. Zdecydowanie mniej niż zwykle pomarudził w bramce. Wszedłem na ścianę round penu i rozpocząłem pracę przygotowującą do dosiadania. Zaczyna się od cierpliwego ustawienia zwierzęcia równolegle do ściany (płotu, szeregu beczek). To są normalne elementy gier prowadzonych z ziemi, ale tym razem człowiek jest wyżej. Tak przyzwyczaja się konia do pozycji jeźdźca. Odczulamy go także na dotykanie z góry, a potem uczymy przyjmowania ciężaru. Sang Jang pracował koncertowo, ale po pewnym czasie zorientował się, że halter nie jest zbyt mocną przeszkodą w odskakiwaniu dalej. Założyłem mu więc patent z lassa i choć używałem go niezwykle  delikatnie, to i tak bił ziemię i z lekka się wspinał. To jednak ciągle ten sam Sang Jang. Ale robił tak tylko przez chwilę, bo momentalnie wyczuł, że wygoda jest wtedy, gdy stoi tam gdzie mu każę. To była krótka lekcja, prowadzona na niskiej energii, ale bardzo udana.

      Zapomniałem aparatu i trener Robert Świątek pstrykał foty telefonem.

      Zadaniem Sang Janga jest podejść jak najbliżej do człowieka i równolegle do ściany

      Zrobił to nie dosyć dokładnie, ale na tym etapie to mi wystarcza

      Delikatna prośba o przestawienie zadu i przyjęcie równoległej do ściany pozycji

      Sang Jang rozumie moje żądania

      Ustawia się tak jak trzeba, tylko jeszcze parę kroków w przód

      I na koniec przytula się jak do przyjaciela

       

       

        

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „To cały czas ten sam dumny Sang Jang”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      dziennikarzizaklinacze
      Czas publikacji:
      wtorek, 27 marca 2012 15:01
  • poniedziałek, 26 marca 2012
    • Pani całuje konia w nos

       

      Tekst publikowany w „Gazecie Wyborczej”, 10.03.2012,  str. 27

      Wierzchowce zaczynają przypominać współczesną młodzież: są niesforne, harde i bezczelne. Owo końskie rozwydrzenie to wina kobiet, które zastąpiły dryl i hierarchię czułością zapominając, że konie to nie pluszaki. Ale nie ma co biadać nad kresem machismo w jeździectwie.

      Świat, oczywiście nie cały, ale mój na pewno, jest pełen wyzwolonych  kobiet. Te kobiety naruszyły teraz jedną z ostatnich męskich stref: zamarzyły, że będą koniarzami. Od zawsze to mężczyźni odławiali, hodowali i układali konie.  I robili to po męsku: rozkaz, wykonać.  Kategorycznie i zdecydowanie. Dryl bywał twardy, ale koniom to pasowało, bo w stadzie też reguły gry są jasno określone.

      Jeszcze w latach 80., gdy we wrocławskim  Akademickim Klubie Jeździeckim trafił się koń ze stadniny, cmokaliśmy podziwiając jego kindersztubę i rękę masztalerza. Konie z prywatnych chłopskich hodowli kopały i gryzły, te ze stadnin szanowały człowieka.

      Mamy XXI wiek, więc wydawałoby się, że dzięki postępowi hodowli takich koni powinno przybywać. Nic z tych rzeczy. Owszem, w wyczynowym sporcie progres jest widoczny, a końska psychika nie sprawia kłopotów. Ale już na poziomie zasadniczym, na którym setki tysięcy ludzi - sól koniarskiej ziemi - bawi się w jeździectwo, źle się dzieje.

      Wszystkiemu winne kobiety, które zdominowały hippikę (szacuję, że stanowią 90 proc. jeźdźców) i konie po prostu uczłowieczają. Mężczyźni przesiedli się na motory, samochody, samoloty i czołgi . Znaleźli sobie nowe zabawki. Stare zostawili córkom, żonom i kochankom. A one wniwecz obracają odwieczne reguły rządzące relacjami człowiek - koń. W miejsce hierarchii wprowadzają dużo ciepła i przyzwolenia na widzimisię pupili. Traktują konie jak małe kotki.

      Bo one mają takie delikatne chrapki - mówią i cmokają wierzchowce czule w nos. I nieważne, że pod tymi chrapkami kryją się szczęki zdolne jednym kłapnięciem urwać pół twarzy.

      Ale przecież  koń swojej pani tego nie zrobi, bo ją kocha i wie, że pani go kocha.

      Gówno prawda, jak mawiał ksiądz Tischner.

      Nie kocha i nie wie, co to miłość, bo cały czas walczy o przetrwanie, a bezpieczeństwa szuka w hierarchii. Jeśli w tym związku nie rządzi pani, to władzę musi przejąć koń. Albo szukać innego przywódcy. W jego świecie tak już jest.

      U schyłku komuny konie prywatne mieli tylko chłopi. Trzymali je dla tradycji, bo większość prac polowych załatwiały traktory. Stadniny ze szlachetnymi zasobami należały do państwa. Mieszczuchy miały słaby dostęp do rekreacji jeździeckiej. Po transformacji wiele stadnin sprzedano. Dziś większość koni jest w prywatnych rękach. A własność to rzecz święta. Nikt nie będzie właścicielki uczył, jak ma układać swoje zwierzę. Ona wie najlepiej. Jej  prawo. Ale rozpieszczane konie, przerażone brakiem oparcia, zwracają się przeciw dobroczyńcom.

      Szowinistyczna wizja świata? Nie.

      Jako koniarz opiewam wojskowy dryl, ale tak naprawdę wojska nie cierpię. Mój stosunek do tej instytucji najlepiej oddaje „Paragraf22”. Wojsko nie myśli, tylko wykonuje polecenia, tymczasem konie nie są maszynami. Może nie mają poczucia humoru (sławny antropolog prof. Bogusław Pawłowski, który bada życie seksualne zwierząt, powiedział mi, że nie stwierdzono go nawet u małp), ale odczuwają strach, przerażenie, radość.

      Dlaczego więc czepiam się pań i ich pieszczotliwego podejścia do koni? Bo nie potrafią postępować z nimi tak, jak z dziećmi, którym dla ich dobra stawiają ograniczenia. A przecież kobiety robią dla hipologii wiele dobrego, wprowadzając do niej matczyne umiejętności. Rozwój rewolucyjnej metody imprintingu (czyli wpajania młodym wzorców, w tym przypadku - wzorców życia z człowiekiem) bez ich ciepła byłby chyba niemożliwy.

      Znany amerykański promotor metod naturalnych dr Robert Miller jasno stawia sprawę: pierwszy kontakt ze źrebięciem powinna mieć kobieta, bo maluchowi potrzeba zrozumienia i cierpliwości, których facetom brakuje. Ale już wychowanie rozbrykanego, upartego źrebaka powinien zająć się mężczyzna.

      Miller nie jest amerykańskim szowinistą. To praktyk, który wie, że czułość nie zastąpi dyscypliny, ale reżim nie wyklucza czułości.

      Zgadzam się z nim. Sprawdziłem, że to działa. Kiedyś próbowałem położyć mojego Damara, filmowego gwiazdora (w „Ogniem i Mieczem ” był wierzchowcem Bohuna). Przed laty ściągnąłem nawet czikosa, czyli węgierskiego kowboja, żeby mnie tego nauczył. Czikos był mądry. Siłą położył konia, ale powiedział, że jego opór jest straszny i boi się skrzywdzić zwierzę. Darowałem Damarowi tę sztuczkę.

      I nagle zdarzył się cud. Na obozie metod naturalnych konie miały siadać i kłaść się do zdjęcia. Jedna z uczestniczek czochrała Damara między uszami. Osłupiałem: koń grzecznie położył się, a potem usiadł na zadzie. Dziwne? Skąd. Ciepłe podejście sprawiło, że postanowił pokazać, co umie.

      Tak zrozumiałem, że rozwiązaniem nie jest wyłącznie dryl ani sama empatia, że tajemnica dobrych relacji z końmi leży między Wenus a Marsem. Jeżeli pierwsza jest planetą kobiet, a druga mężczyzn, to znaczy, że Ziemia jest planetą koni.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Pani całuje konia w nos”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      dziennikarzizaklinacze
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 26 marca 2012 12:33
  • środa, 21 marca 2012
    • Sang Jang na L4

      Komunikat trenera Roberta Świątka o stanie zdrowia angielskiego pacjenta: „Sang Jang kuleje. Ma odgniecioną strzałkę. Wczoraj kowal podłubał mu w kopycie. Założyliśmy mu opatrunek. Dzisiaj poszła krew, co znaczy, że będzie coraz lepiej. Przyczyna: albo niefortunnie stanął na ostry tłuczeń, albo przytarł kopyto na karuzeli. Kilka dni koń pozostanie w boksie.”

      Przez czas jego rekonwalescencji nie będziemy więc pracować. Wpadnę do niego tylko towarzysko zobaczyć jak się ma. Mówił mi trener, że Sang Jang bardzo grzecznie zachowywał się podczas zabiegów. To efekt wzrostu jego zaufania do ludzi.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      dziennikarzizaklinacze
      Czas publikacji:
      środa, 21 marca 2012 11:12
  • poniedziałek, 19 marca 2012
    • Do startu gotowy Sang Jang

      Jeszcze niezupełnie, ale wie już co to maszyna startowa i nawet ją polubił. Pracowaliśmy na długiej linie pośrodku toru wyścigowego. Potężna, otwarta przestrzeń, galopujące wokół konie w treningu. Sang Jang przyglądał się im z zainteresowaniem, ale ani razu nie podjął próby dołączenia do stawki. Sam galopował swobodnie, beż żadnego napięcia. Trener Robert Świątek chwalił jego ekonomię ruchu, płaskie wyrzucanie nóg do przodu. Do maszyny wszedł zdecydowanie lepiej i szybciej niż na początku naszej pracy wchodził do round penu. Zamknęliśmy mu drzwiczki startowe przed nosem. Stał spokojnie. Wchodził, dawał się zatrzymywać po środku, cofać. Wychodził jak chciałem: krok po kroczku. Wszedłem na przegrodę stanowisk i wprowadziłem go do środka. To trening do wsiadania. Kto śledzi losy Sang Janga, ten wie że ten koń rozpaczliwie bał  się tego co nad nim i za wszelką cenę próbował się tego pozbyć (z reguły nad koniem jest jeździec). Przy tym ćwiczeniu zachowywał się nader spokojnie, dawał się dotykać za uszami, mogłem oklepać jego siodło.

      A już prawie mnie rozczulił,  gdy zacząłem z nim biegać na zupełnie luźnej lince. Trzymał się mnie jak źrebak matki.

      Daleko zaszliśmy.

       

      Fotografie Bogusława Jędrycha

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Do startu gotowy Sang Jang”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      dziennikarzizaklinacze
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 19 marca 2012 18:29
  • piątek, 16 marca 2012
    • Kozak jak grzeczna dziewczynka

      Buntował się jak zwykle, ale ignorowałem jego zachowanie. Bardzo szybko uznał, że szkoda czasu na stawianie się.

      Dzisiaj była wiosna. Piękne słońce, ciepło. Pracowaliśmy na otwartym placu na długiej lince. Zachowywał się bardzo przyzwoicie. Coś tam jak zawsze pogroził zadem trenerowi Robertowi Świątkowi za robienie fotek bez zezwolenia. Parę razy napiął linkę, walnął przednią łapą w ziemię, żebym pamiętał, iż z nie lada kozakiem pracuję, ale generalnie słuchał się jak młody piłkarz starego trenera. Prawie grzecznie zmieniał kierunki, zatrzymywał się, w lot łapał sygnały do zmiany chodu. Ładnie, równo, bez napięcia  galopował. No, nie byłby sobą gdyby parę razy nie sprawdził jak daleko może się posunąć, ale to były, jak na niego, bardzo delikatne działania. Weszliśmy na górkę, na której był pierwszy raz a pracował na niej, jakby był oryginalnym karpackim hucułem.

      Przez najbliższe dni będę nadal budował to jego tak już pięknie rozwinięte zaufanie.  Będziemy  bawić się w coraz to innych miejscach i dokładać energii.

      Duża radość z takich efektów, a wspaniała pogoda jeszcze ją zwielokrotnia.       

      Galop miał miarowy jak wahadło zegara

      Był uważny jak prymus i pytał: co mam teraz zrobić?

      OK, już do ciebie idę. Uszy uważne, oko spokojne.

      Czuję się bezpiecznie przy tobie

      Pierwsza taka górka w życiu

      Jaki piękny widok!

      Przeprawiamy sie na druga stronę ...

      ...i wracamy

      Koniec lekcji, luzio.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Kozak jak grzeczna dziewczynka”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      dziennikarzizaklinacze
      Czas publikacji:
      piątek, 16 marca 2012 13:07
  • środa, 14 marca 2012
    • Rozkapryszony koński wyrostek

      Z daleka zobaczyłem go na karuzeli. Ten piękny męski profil nosa, ten coraz solidniejszy zad. Będzie z niego kawał konia. Był pod siodłem.

      Trener Robert Świątek przyprowadził Sang Janga pod round pen. Wziąłem go na linę i chwilę popracowałem na trawie, bo okrąglak był zajęty. Ładnie reagował, ale gdy ruszyłem w stronę miejsca pracy, to postanowił zabrać się do stajni. Starałem się nie napinać liny. Szedł do tyłu, jakby w cyrku brał lekcje. Po paru takich przeciwstawieniach zdecydował się jednak na ruch do przodu. Trochę pomarudził - to już rytuał - przy wejściu na round pen, ale potem to było już tylko dobrze. Przypominam, że ostatni raz byłem u niego w piątek. Wtedy koniecznie chciał trafić kopytem trenera, który bezczelnie pstrykał mu fotki. Dzisiaj odpuścił trenerowi.

      Na round pennie był wspaniały. Odsyłałem go na ścianę. Natychmiast grzecznie wykonywał polecenie i wyraźnie czekał na gest przywołania. Gdy go poprosiłem szedł do mnie a potem nie opuszczał na krok. Podniosłem energię. Kazałem mu kłusować a następnie galopować.  Szedł pięknie. Galop równy, bez objawów paniki,  ani nawet lekkiego strachu. Ale charakter pokazywał. Kiedy nie pozwalałem mu na podejście do mnie bez komendy, tłukł energicznie nogą w pełnym galopie, zdając się mówić jak rozkapryszone dziecko: a ja chcę teraz zrobić właśnie tak!  Natomiast zatrzymania robił jak koń  reiningowy. A to znaczy, że czujnie czekał na każdy mój sygnał.

      Zaufanie rośnie, ale za każdym razem Sang Jang upewnia się, czy temu swojemu nowemu szefowi rzeczywiście może zaufać. Jak test wypada dla mnie korzystnie, podporządkowuje się.  To jeszcze potrwa. 

      PS Dzisiaj Sang Jang jest po raz pierwszy na zdjęciach pod siodłem. W dni, w które z nim nie pracuję chodzi osiodłany na karuzelę. Pisałem o tym, że po pewnym czasie przestał sią na siodło buntować. Wspominam o tym, żeby Czytelnicy nie mieli wrażenia, iż coś przeoczyli, albo ja o czymś zapomniałem napisać.

      Podnosiłem mu energię każąc galopować, ale widać, że jest ze mną w pełnym kontakcie

      Przywołany, podchodził bez oporów

      Ufnie stawał i czekał na kolejne dyrektywy

      Nie odstępował na krok, gdy ruszałem w podróż po round penie

      I pięknie przelizywał całą lekcję

      By na koniec przyjść po pochwałę

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      dziennikarzizaklinacze
      Czas publikacji:
      środa, 14 marca 2012 17:11
  • piątek, 09 marca 2012
    • Trzy ostrzegawcze strzały

      Sang Jang najpierw chciał mnie stratować w drzwiach, a potem próbował upolować trenera Roberta Świątka, bo stał nie tam, gdzie zdaniem konia, stać powinien.

      Przez kilka dni nie miałem czasu na pracę z nim. Znowu zmężniał. W boksie poufałości nie było, ale szybko dał sobie nałożyć halter. Mniej się certolił, bo był pewniejszy siebie. Ruchami  łba pokazywał jednak swój stosunek do mnie: nie podłaź tak blisko, to moja strefa, mówił. Nie mogliśmy pracować na  round penie, bo był zajęty. Został nam trawnik przed stajnią.

      Znam już Sang Janga, więc na szczęście byłem czujny, bo gdybym nie był, to by po moich plecach wyskoczył na zewnątrz. Nie pozwoliłem mu przejście po mnie, ale i tak wypadł na trawnik jak wystrzelony z armaty. I od razu stanął dęba, by rzucając się w bok zabrać się do ucieczki. Próbę powtórzył kilka razy. Kiedy pracowaliśmy na kółkach, wchodził w galop i co chwila próbował się wyrwać. Poluźniałem mu linę i szedłem za nim. Dosyć szybko zaskoczył, że jego metoda jest nieefektywna. Stopniowo podporządkowywał się,  ale z bardzo złym okiem. Kontrolowałem go, więc nie mógł się do mnie dowolnie zbliżyć. Znalazł sposób na wyrażenie swojej frustracji. Wyraźnie upatrzył sobie stojącego na okręgu trenera Roberta Świątka, który pstrykał zdjęcia i przyjmował różne pozycje, na przykład przysiadał. Sang Jang nie wyraził na to zgody. Ostrzeżenia wysyłał po kolei. Najpierw z lekka uniósł zad i delikatnie wierzgnął w stronę trenera. Potem wyraźnie kopnął, ale jeszcze nie za mocno. A za trzecim razem po prostu walnął tak zadem, że gdyby trafił, to trenera musiałbym szukać na czubku topoli. Ale  ponieważ nie udało mu się , to rozładował swą złość kopiąc w  krzak rosnący na trawniku. Ktoś musiał oberwać.

      W końcu odzyskał rozum i zachowywał się jak na dobrego konia przystało. Jest z nim jak już pisałem. Czym więcej nabiera pewności siebie, tym staje się bardziej niezależny.

      Twarda sztuka. Teraz znowu przez tydzień nie będą go odwiedzał. Ciekaw jestem, jak będzie zachowywał się po takiej przerwie.

      Zostaw mnie, dobrze cię  widzę i mogę przegonić, jestem silnym koniem

      Nie rozumiesz? No to ja zostawię ciebie, spadam

      Ktoś musi oberwać

      No dobra, żartowałem, ty rządzisz

      W poddaństwie trzeba szukać  przyjemności

         

      Sorry trener, taki miałem dzień, ale uważaj, bo mogę mieć jeszcze gorszy       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      dziennikarzizaklinacze
      Czas publikacji:
      piątek, 09 marca 2012 16:24
  • środa, 07 marca 2012
    • Angielscy pacjenci

      Praca z Sang Jangiem dała mi do myślenia. Zebrałem informacje o jego rodzinie i dowiedziałem, się że matka była trudna a pradziadek niebezpieczny.

      Ściągnięty do Polski w roku 1976 Dakota był klasowym koniem irlandzkiej hodowli, ale mimo bardzo dobrej kariery - po tym jak w drodze na start gonitwy w Epsom wysadził z siodła dżokeja i pokąsał konie obok - został sprzedany. Nikt nie chciał z wariatem ryzykować. Dla nas, przez komunizm odciętych od pierwszorzędnych światowych linii hodowlanych, była to nie lada gratka,  Dakota oprócz wyników miał świetne pochodzenie. I rzeczywiście był to strzał w dziesiątkę, gdyż ogier okazał się reproduktorem epokowym o zasadniczym wpływie na polską hodowlę pełnej krwi angielskiej. Opłacało się więc postawić na trudnego konia. Poznałem Dakotę w Łącku. Jak się otwierało jego boks to całym sobą pokazywał, że tego gościa sobie nie życzy.

      Zastanowiłem się nad tym dlaczego on był taki krnąbrny, tak samo Sorbona, matka Sang Janga, czy Tuny, jego prapradziadek. Czy te konie byłyby trudne, gdyby je za młodu potraktować inaczej, dać im oparcie, większą pewność siebie, wzmocnić zaufanie do człowieka?  Finał pracy z Sang Jangiem może być odpowiedzią na to pytanie. To z jednej strony. Z drugiej zaś: co siedzi w genach tej rodziny?

      Nie musi być to przekazywana przez przodków cecha dominacyjna. To może być szczególna wrażliwość, potęgowana przez stresowy trening wyścigowy i same gonitwy. Stąd być może mechanizm obronny w postaci agresji. Te konie po prostu szukają wyjścia z wyjątkowo dokuczliwej sytuacji. Ciśnienie jakiemu podlega koń wyścigowy jest niesamowite. W wieku półtora roku zostaje zapakowany do samochodu i przewieziony do innej stajni. Tam poprzez treningi pod siodłem, karuzelę, energetyczne żywienie i wielogodzinne stanie w boksie jest ściskany jak sprężyna, żeby potem w mającym charakter panicznej ucieczki wyścigu pędzić na złamanie karku. Tu naprawdę trzeba mieć nerwy ze stali.  Żadne konie nie są tak ekstremalnie trenowane, żaden sport konny nie ma tyle adrenaliny i nie niesie tylu niebezpieczeństw.

      Wyścigi więc mogą zniszczyć psychikę konia i pewnie, gdyby nie one, z wielu koni nigdy nie wyszłyby cechy dla ludzi niebezpieczne lub nie pożądane. Można złorzeczyć na tę formę  użytkowania koni, ale nie ma to większego sensu. Człowiek od wieków w swoim interesie kreuje użyteczne dla siebie rasy. Te konie, które nie wytrzymują psychicznie wyścigowego reżimu po prostu do tego sportu się nie nadają. Zresztą one same się eliminują, bo przerażenie je zżera jeszcze przed gonitwą i jak mówi trener Robert Świątek, przegrywają już na padoku, czyli na długo przed startem. Klasowe konie zachowują spokój.

      Pytanie więc czy warto męczyć się z Sang Jangiem, skoro jego psychika nie daje mu gwarancji sportowego sukcesu? Z punktu widzenia hodowcy, trenera i dżokeja, nie. Z punktu widzenia hodowli tej rasy też nie, bo chodzi o wyprodukowanie jak największej liczby koni bardzo szybkich i o mocnej psychice. Zrównoważenie  podnosi bezpieczeństwo tej i tak  karkołomnej dyscypliny. Z mojego indywidualnego punktu widzenia ta praca ma sens, bom ciekaw finału i polubiłem Sang Janga.

      Jednak gdybym miał wybierać folbluta dla mojej córki, to wybrałbym takiego o jakim marzą wyścigowcy. Sang Janga nigdy.            

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Angielscy pacjenci”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      dziennikarzizaklinacze
      Czas publikacji:
      środa, 07 marca 2012 11:56