Dziennikarz i zaklinacze

Moje historie o koniach, naturalnych metodach ich szkolenia, opisy ciekawych przypadków i refleksje jeździeckie. Ku pożytkowi zainteresowanych. Jurek Sawka, koniarz i dziennikarz

Wpisy

  • niedziela, 12 września 2010
    • Dziennikarz i zaklinacze

      Za tydzień stanę do zawodów z polskimi trenerami koni metodami naturalnymi. To pierwsza tego typu impreza w Polsce i w Europie. W Stanach Zjednoczonych takie mistrzostwa rozgrywane są od 2002 roku, czyli tak naprawdę też od niedawna, a bilety na kolejne imprezy wykupywane są na kilka miesięcy przed nimi.

      W Ameryce, ojczyźnie metod naturalnych, mierzą się ze sobą najlepsi z najlepszych. Sam udział „Road to the Horse” jest nobilitujący, bo kwalifikuje trenera do ekstraklasy.

      Trenerzy metod naturalnych nazywani są zaklinaczami koni, co nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, ale za sprawą najpierw książki Nicholasa Evansa „Zaklinacz koni” a potem filmu pod tym samym tytułem z Robertem Redfordem w roli głównej, termin ten tak się zakorzenił w języku, że trudno z nim walczyć. Swoją drogą jest prosty a ogromną siłę nadają mu ci jego masowi użytkownicy, którzy widząc rezultaty pracy metodami naturalnymi są przekonani, że trenerzy posiedli jakąś tajemniczą moc, dzięki której konie słuchają ich jak psy.

      A w dużym uproszczeniu różnica między szkołą naturalną a klasyczną jest taka: w naturalu trenerzy chcą by konie myślały. Oni jedynie pomagają im podejmować pożądane decyzje. Gdy nawiążą już z końmi dialog, mają w nich chętnie pracujących partnerów. Natomiast w szkole klasycznej myślą trenerzy i jeźdźcy. Koń natomiast ma bezwzględnie zrobić to, czego się od niego wymaga.

      W najbliższy piątek, w Zbrosławicach pod Gliwicami wylosuję trzyletniego młodego, nigdy nie siodłanego konia i będę miał trzy razy po 1,5 godziny na przygotowanie go do prezentacji przed jurorami, którym przewodniczyć będzie dr Robert Miller z USA, największy dziś autorytet pośród trenerów i propagatorów naturalnych metod szkolenia koni.

      Nie ukrywam, że mam tremę, bo staję w szranki z zawodowcami: z Moniką Damec, trenerką australijskiej Szkoły Silversand Horsemanship, Wojciechem Orlikiem, kaskaderem i Dariuszem Pietrzakiem, zawodnikiem westernu.

      Ja uczyłem się metod naturalnych, ale nieregularnie, z dużymi przerwami, z różnych źródeł. Bywałem na kursach, korzystałem z DVD, podglądałem w YouTubie. Na wiele rozwiązań wpadłem sam, intuicyjnie. Eksperymentowałem ze swoimi końmi, ale to dojrzałe osobniki o ustabilizowanych charakterach. Nie mam doświadczeń w pracy z młodymi końmi. Kilka razy wprawdzie miałem z nimi do czynienia, ale to były pojedyncze problemy do rozwiązania i miałem nieograniczony czas pracy.

      Dlaczego więc startuję w tych zawodach?

      Po pierwsze: z ciekawości. Jak to jest, gdy stajesz przed publicznością, z nieznanym ci koniem i masz tylko parę godzin, by się z nim dogadać? Co człowiek wtedy czuje?

      Po drugie: bo to wyzwanie. Dotychczas pracowałem ze swoimi końmi i nigdy nie zakładałem, kiedy mam mieć efekt. Tu nie mam innego wyjścia. Po 4,5 godzinach koń ma być mój.

      Po trzecie: z próżności, bo to pierwsza taka impreza w naszym kraju, a jak mówił w „Paragrafie 22” ojciec Majora Majora Majora, okazja może tylko raz zapukać do twoich drzwi, trzeba więc wiedzieć kiedy je otworzyć. Przed kilkoma laty, gdy przechodziłem ze szkoły klasycznej na westernową z poruczenia Wojtka Adamczyka, trenera westernu, trafiłem do Thomasa Barty, czeskiego trenera mieszkającego pod Wiedniem. To on mi pokazał o co chodzi w stylu western. Byłem święcie przekonany, że Thomas wyszkolił już wielu Polaków. Jakież więc było moje zdziwienie, gdy w tym roku Thomas oświadczył mi, że byłem jego pierwszym polskim uczniem, a ma ich już dziś w kraju dziesiątki. To miłe mieć świadomość, że szło się dziewiczym szlakiem.

      W Gliwicach będziemy się z końmi bawić, ale - nie ma co ukrywać - także konkurować ze sobą. W miarę możliwości przygotowuję się do tego. Jeżdżę rano na wrocławskie Partynice. Trener Robert Świątek udostępnił mi parę trudnych klaczy arabskich. Eksperymentuję z nimi. Byłem na szkoleniu w pracy z młodymi dzikimi końmi pierwszej polskiej szkoły naturalnej Jeździectwo Naturalne Bez Tajemnic Andrzeja Makacewicza. Mam świadomość, że nic nie zastąpi częstej pracy z wieloma końmi, że zawsze procentuje doświadczenie i że „kto się nie najadł, ten się nie naliże”, ale gdy wzywa przygoda trzeba być głuchym, żeby nie zareagować.

      W piątek rano trenowałem na Partynicach z arabską Noriką. Ostanie spotkanie mieliśmy trzy tygodnie temu. To mocno przerażona klacz. Z przyjemnością obserowałem zmianę, jak w niej nastąpiła. Miała dużo do mnie zaufania i o wiele więcej odwagi. To wynik pracy metodami naturalnymi.

      Więcej o mistrzostwach zaklinaczy

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      dziennikarzizaklinacze
      Czas publikacji:
      niedziela, 12 września 2010 21:26