Historie o koniach, naturalnych metodach ich szkolenia, opisy ciekawych przypadków, refleksje jeździeckie Jerzego Sawki, koniarza od zawsze, redaktora naczelnego Gazety Wyborczej we Wrocławiu
Wpis
Wiało dzisiaj niemiłosiernie. Taka pogoda zawsze pobudza konie. Nie inaczej podziałała na Sang Janga. Wyszedłszy na zewnątrz przez moment próbował się upierać - łypiąc na mnie bardzo złym okiem - przy swoim scenariuszu dnia, który najwyraźniej nie uwzględniał sesji. Ale wystarczyła lekka perswazja, żeby odpuścił. Pracowaliśmy na średniej energii. Widać, że koń zaczął mi ufać. Parę dni temu był gotów się zabić, gdy przekładałem linkę przez jego kłodę. Dzisiaj reagował spokojnie.
Po skończonej pracy nie opuszczał mnie. Szukał bliższego kontaktu.
Wczoraj, po sprowadzeniu go za karuzeli, brat trenera, Tomek Świątek dosiadł go w boksie. Był zbudowany, bo koń go przyjął. Uciekł dopiero wtedy, gdy - trzymając się krat - stanął na nim. To było o krok za daleko. Tomek obserwuje w nim ogromne zmiany, Sang Jang nie ucieka w boksie, ma więcej zaufania.
Znikają jego powodowane rozpaczą agresywne zachowania. On reaguje tak jak Australian Cattle Dog w sytuacji bez wyjścia. Matki tych psów kodują im takie reakcje. Gnębią sikające pod siebie z przerażenia szczenię do momentu, aż się odgryzie. Wtedy mu odpuszczają. Sang Jang nie miał oczywiście takiej szkoły, ale swój charakter ma.
Trener Robert Świątek też się z nim dzisiaj trochę pobawił: - Wszyscy mnie pytają czy to, co z nim robisz, działa. Odpowiadam zgodnie z prawdą, działa.
Zgodnie uznaliśmy, że Sang Jang chyba jednak nie chce, żebyśmy go zjedli.
Ale: nie chwal konia przed końcem podróży.

Sang Jang kończył sesję w przyjaźni

Pozwolił przekładać linę przez kłodę

Tolerował zamykanie kłody

Polubił łopocząca na wietrze czerwień chusty

Aż trener Robert Świątek osobiście mu gratulował